                           |

Wejście Godzilli
To coś więcej niż kino. To jest kult. Łza się kręci w oku na wspomnienie czasów,
kiedy miało się półtora metra wzrostu i z dziwnym błyskiem w oczach gnało się na
dwudziesty z kolei film z potworami grzmocącymi się po łuskowatych grzebieniach. Żaden
mecz Andrzeja Gołoty nie byłby w stanie obudzić w narodzie nawet cienia tych emocji,
jakie towarzyszyły efektownym sparringom kolczasto-rogatych monstrów.
I wśród nich Ona. Najpiękniejsza, najwspanialsza. Miss
potworów, nierozerwalnie związana z kulturą i sztuką Japonii niczym wiersze haiku,
walkmany Sony i samurajski kodeks Bushido (o mandze wtedy jeszcze na świecie nie
słyszano). Obiekt westchnień jednoczący miliony ludzi na całym świecie. Godzilla.
Tu byłam: Godzilla.
Roland Emmerich nie jest wcale pierwszym reżyserem, który
postanowił zamerykanizować Godzillę. W 1956 roku na ekrany kin w USA weszła zmieniona
wersja pierwszego filmu Inoshiro Hondy z dokręconymi scenami z udziałem Raymonda Burra
("Perry Mason") jako dziennikarza. Trzeci film o przygodach słynnego jaszczura,
"King Kong przeciwko Godzilli", był już amerykańsko-japońską koprodukcją.
W odczuciu widzów Godzilla pozostaje jednak niezmiennie mieszkańcem Kraju Kwitnącej
Wiśni.
|
Trudno w to uwierzyć, ale nasza ulubienica ma już 44 lata! W 1954 roku japoński
reżyser Inoshiro Honda i ekspert od efektów specjalnych Eiji Tsubaraya połączyli swe
siły pod szyldem wytwórni Toho. Ich wspólnym dziełem stał się film pod oryginalnym
tytułem "Gojira" (to dopiero Amerykanie przechrzcili bohaterkę na Godzillę).
Sukces przeszedł wszelkie oczekiwania. Mimo iż królowa potworów w swoim ekranowym
debiucie była wrogiem gatunku ludzkiego, zyskała sobie rzesze dozgonnych wielbicieli.
Miarą jej popularności niech będzie fakt, iż (nie licząc obecnej wersji) nakręcono
łącznie 22 (słownie: dwadzieścia dwa) obrazy z jej udziałem. To więcej niż ma na swoim koncie
James Bond! Przypomnijmy tylko niektóre tytuły: "Godzilla kontra Gigan",
"Godzilla kontra Hedora", "Terror Mechagodzilli", "Ebirah -
potwór z głębin"... Z czasem nasza łuskowata księżniczka złagodniała i
zamiast wdeptywać w ziemię wieżowce Tokio, zaczęła bronić ludzi przed okropnymi
stworami z kosmosu (i nie tylko). Kolce na grzbiecie stępiły się, pysio spotulniał, z
oczek popatrzyło jakoś tak tkliwie... Wystarczyło tylko pójść do kina, by zakochać
się na zabój, do grobowej deski. Mimo iż na przełomie lat 80. i 90. Godzilla ponownie
opowiedziała się przeciwko ludzkości, nadal ją kochamy, ale to już nie to samo.
Dlaczego Godzilla nazywa się Godzilla?
Godzillolodzy twierdzą, iż imię potwora pochodzi ze skrzyżowania dwóch słów:
japońskiego "kujira" (wieloryb) i angielskiego "godzilla" (goryl).
Inna wersja głosi, iż imię słynnego jaszczura było pierwotnie przydomkiem jednego z
pracowników wytwórni Toho, odznaczającego się imponującą posturą.
|
Godzilla Goes To Hollywood
To nie to samo - tak można również podsumować najnowszą próbę reanimowania legendy
kina w wykonaniu Rolanda Emmericha i Deana Devlina. Twórcy "Dnia
Niepodległości", pozwoliwszy kosmitom zrównać z ziemią całą Amerykę, długo
zastanawiali się, co tu jeszcze wymyślić, żeby utrzymać palmę pierwszeństwa w
dziedzinie masowej destrukcji. Sytuacja trudna, bo konkurencja nie śpi i ciągle
wypuszcza na ekrany różne "Armageddony", "Hard Rainy" (kiedy polska
premiera?) i "Dnie zagłady", nie mówiąc już o "Titanicu", który
stał się kamieniem milowym w historii filmów katastroficznych.
Ile już nieszczęść spadło w
ostatnich latach na Stany Zjednoczone? Wulkan w centrum Los Angeles, katastrofa nuklearna
niszcząca cały kraj, ogromna powódź, niszczycielskie asteroidy, nie mówiąc o inwazji
z kosmosu. A czy widział kto jaszczura w Nowym Jorku? Hmm, z wyjątkiem T. Rexa
szalejącego po ulicach San Diego, gady siedziały dotąd raczej cicho. Ogłaszamy więc
konkurs audiotele: jak nazywa się największy, najniebezpieczniejszy i najpotworniejszy
potwór na świecie? A) Darth Vader; B) Saddam Hussein; C) Godzilla...
Godzil czy Godzilla?
Jakiej płci jest Godzilla? Zawsze nam się wydawało, że to urocza samiczka (tak
również tłumaczono dialogi w polskich kinach - ta Godzilla). Tymczasem na Zachodzie od
samego początku określano jaszczura jako KRÓLA potworów. U Emmericha również mówią
- ten Godzilla. Nie zgadzamy się. Te długie rzęsy, ta sylwetka, ta gracja ruchów...
Nasza pieszczoszka miałaby być facetem? Brr! A poza tym... Co to za samiec, który
składa jaja?
|
Ryk Godzilli w każdej chwilli
Zaczyna się zgodnie z klimatem: japoński statek, skośnoocy marynarze wcinają ryż i
oglądają zawody sumo. Wiadomo, o co chodzi. Nagle radar zaczyna wariować: coś
wielkiego płynie pod wodą! Zanim zdążycie powiedzieć: "placek ze śliwkami"
(to greps z "Pulp Fiction"), ogromna łapa robi w kadłubie dziurę wielkości
stodoły. Cięcie - i ku ogólnemu jękowi zawodu na ekranie pojawia się chłopięca
buźka Matthew Brodericka, śpiewającego "Deszczową piosenkę". W dodatku w
Czernobylu.
Czyżby scenarzyści eksperymentowali ze środkami odurzającymi - zastanawiamy się. Nic to, jedziemy dalej.
Broderick (przez cały film chodzi w jakimś koszmarnym bereciku) gra doktora Niko
Tatopoulosa, młodego specjalistę od radioaktywnych mutacji w organizmach zwierząt. Nic
dziwnego, że Czernobyl wydaje się wymarzonym rejonem badań. Najwyraźniej jednak
Tatopoulos to jedyny naukowiec na świecie, zajmujący się wpływem promieniowania na
strukturę DNA, bo ze środka byłego Związku Radzieckiego zostaje błyskawicznie
przeniesiony w rejony mórz południowych, na miejsce katastrofy japońskiego statku. Tam
poznaje lekko stukniętego agenta ubezpieczeniowego Philippe'a Roache'a (Jean Reno),
który stara się dociec przyczyn tragedii. Diagnoza jest prosta: wielkie coś wydostało
się z wody i zostawiając wielkie ślady, podąża wielkimi krokami ku wybrzeżom Stanów
Zjednoczonych. Jedyny rozbitek mamrocze bez przerwy słowo: "Gojira"...
No dobra, panowie. Wy wiecie i my wiemy, kim jest owa tajemnicza istota. Po co więc przedłużać
grę wstępną? Zanim Godzilla wreszcie wkroczy na ulice Manhattanu, musimy odsiedzieć
swoje w kinie, zachodząc w głowę, kiedy wreszcie zobaczymy w akcji naszą zębatą
pieszczoszkę. I kiedy wreszcie nadchodzi ta wiekopomna chwila, szczęki nam opadają...
ale bynajmniej nie z zachwytu. Japoński pierwowzór w porównaniu z hollywoodzką
mutacją wygląda jak Bruce Lee przy Schwarzeneggerze. Mniejszy, ale zwinny i sprytny, a
do tego pod każdym względem kładzie umięśnionego kolosa na łopatki. Szkoda tylko,
że rzadko mamy okazję się o tym przekonać, albowiem przez większość filmu widzimy
jedynie łapy, ogon i świecące ślepia Godzilli.
Godzilla kontra USA
Historia wywołanych przez nuklearne eksperymenty narodzin potwora to aluzja skierowana
wyraźnie w stronę Stanów Zjednoczonych. Samolot "Enola Gay" w 1945 roku
zrzucił na Japonię bomby atomowe, z kolei po zakończeniu II wojny światowej Amerykanie
prowadzili niszczycielskie testy jądrowe na atolu Bikini. Co ciekawe, w przemontowanej
wersji "Godzilli", pokazywanej w USA, antyamerykańskie wątki zostały mocno
wyciszone. W najnowszym filmie winę za atomowy galimatias realizatorzy zwalają na...
Francuzów.
|
Szczerze mówiąc, nie bardzo jesteśmy w stanie pojąć fascynacji Rolanda Emmericha
projektami graficznymi Patricka Tatopoulosa, którego nazwiskiem w ramach wdzięczności
obdarzył reżyser postać kreowaną przez Brodericka. Kosmici z "Dnia
Niepodległości" dziwnie przypominali Obcego z filmu Ridleya Scotta. Z kolei
Godzilla w najnowszym wydaniu to po prostu przerośnięty T. Rex, który na domiar złego
również przypomina Aliena.
Jurassic Godzilla
Umówmy się co do jednego - ten film powinien nosić tytuł "Jurassic Park 3".
Realizatorzy, zdaje się, chcieli zachować nastrój japońskich opowieści o potworach,
lecz tak naprawdę pozostali pod ogromnym wpływem "Parku". Dinozaur kroczący
ulicami miasta, nieudane próby powstrzymania go, samochody i budynki rozbijane
potężnymi łapami - wszystko widzieliśmy w "Zaginionym świecie". Nie
mówiąc już o tym, że i u Spielberga, i u Emmericha na ekranie zamiast aktora w gumowym
kostiumie pojawia się komputerowo animowany stwór.
Wszystko to jednak betka w porównaniu
z konceptem scenarzystów, który dosłownie wbił nas w fotele. Otóż okazuje się, że
Godzilla (uwaga!) rozmnaża się bezpłciowo (!) i w związku z tym składa dwieście jaj
(!!) w Madison Square Garden (!!! - Jak ona tam wchodzi? Wciąga brzuch, czy co?). Z
tychże jaj wylęga się dwieście małych, drapieżnych i żarłocznych raptorów - traf
chce, że dokładnie w tym samym momencie, gdy olbrzymią salę koncertową nawiedzają
główni bohaterowie. Łatwo się domyślić, co następuje dalej - pogonie korytarzami,
szybami windowymi, schodami - panie Spielberg, pan widzisz i nie grzmisz!!!
Godzilla żyje!
Dlaczego Amerykanom nie udało się powtórzyć sukcesu
Japończyków? Odpowiedź jest prosta: podrabiać też trzeba umieć! Producentom z
wytwórni Toho udał się nie lada wyczyn: obdarzyli martwą kukłę potwora prawdziwą
osobowością. Podobnej sztuki dokonał jeszcze tylko Spielberg (znowu on!) z postacią
E.T. - lalka Carla Rambaldiego bawiła i wzruszała miliony widzów zupełnie jak żywa
istota. Godzilla - prawdziwa Godzilla - śmieszy, tumani, przestrasza do dziś.
Niezależnie od tego, czy broni ludzkość czy ją atakuje, nasza Monster Milady ma szereg
oddanych adoratorów. Tymczasem bezpłciowy dinozaur wykreowany przez ekipę Emmericha nie
ma żadnej osobowości: jest mechanicznym, wirtualnym tworem z głębin cyberprzestrzeni.
A kto chciałby pokochać robota?
Jeszcze jedna sprawa. Godzillę kochają wszyscy, ale tak naprawdę nikt nie traktuje jej
serio. Dlatego właśnie publiczność tak świetnie się bawi na filmach z potworami,
żywiołowo kibicując ogoniastym bohaterom. To tak jak z wrestlingiem - wiadomo, że zawodnicy walczą na
niby, ale emocje sięgają zenitu. Tymczasem Roland Emmerich podszedł do tematu z
grobową powagą, dokumentnie niszcząc charakterystyczny dla produkcji Toho nastrój. Nie
był też w stanie zdecydować się, jaki wizerunek Godzilli przedstawić na ekranie: raz
jaszczur jest bezmyślnym niszczycielem, kiedy indziej bezbronnym zwierzątkiem
szukającym gniazda i pożywienia dla swoich pociech.
Godzilla Forever?
Gdyby nie reżyser-rzemieślnik, dłużyzny scenariusza i drętwa gra aktorów (z wyjątkiem Jeana Reno, ma się rozumieć), byłby to
naprawdę niezły film. Ktoś może nam zarzucić, że niepotrzebnie się czepiamy, ale
naprawdę żal patrzeć, jak zmarnowany został tak wspaniały materiał. Zwłaszcza, że
wszystkie efekty specjalne wykonano na piątkę z plusem.
Chociaż, kto wie? Może dzisiejsi nastoletni widzowie, którzy nie znają starych filmów
wytwórni Toho, za pół wieku również będą wspominać "Godzillę" Emmericha
z rozrzewnieniem? Szczerze mówiąc, nie wydaje nam się, ale...
Krzysztof Lipka-Chudzik
Tytuł oryginału:
"Godzilla"; USA 1998; reżyseria: Roland Emmerich; obsada: Matthew Broderick,
Jean Reno, Maria Pitillo, Hanka Azaria, Kevin Dunn, Michael Lerner
Według kodeksu Bushido reżyser powinien popełnić harakiri |
                           |